Dzisiaj o szczęściu, tak jak zapowiadałam, ale i o sobie. Minionym tygodniu, co u mnie, czy warto było, czy też nie. Ostatnio mój uśmiech wygląda jak na owym szkicu, dziwnie, ale o dziwo, jest szczery, ale przejdzie mi, muszę się trochę ogarnąć psychicznie. Ostatnio mi odbija, jestem nerwowa i coraz częściej oglądam swoje buty idąc z wyraźnym skrzywieniem na twarzy. Ale to też mi przejdzie, gorsze dni zawsze przechodzą. Głupcy Ci co w to nie wierzą, bo nadziei nie mają, a bez nadziei równie dobrze można siedzieć i nic nie robić, patrzeć jak czas przemija. Ale czy chwalę nadzieję? Nie, nigdy, nie lubię jej, ale bez niej nie miałabym motywacji, chęci, choćby do tego, żeby ten blog rozwinął się w dobrym, ciekawym kierunku, który więcej was przyciągnie.
Na owych dziwnych szkicach, przez swoje postacie, staram się wyrazić jak minął mi poprzedni tydzień, czy był dobry, czy zły. Ten był mocno neutralny, bo smutki wyrównały się z uśmiechem, a wszystko kręci się wokół jednej sprawy, już od dwóch tygodni, a przestać nie raczy. Irytuje mnie to. Ci co mnie czytali, zapewne domyślają się o co chodzi, a jak nie to odsyłam was do posta sprzed dwóch tygodni.
"-Jeśli ma się przyjaciół, a mimo to wszystko się traci, jest oczywiste, że przyjaciele ponoszą winę. Za to, co uczynili, względnie za to, czego nie uczynili. Za to, że nie wiedzieli, co należy uczynić."
Czas leczy rany, czas leczy wszystko, do wszystkiego potrzeba czasu, przeczekać ten sztorm, aż morze się uspokoi. A może ocean? A może to tak jednak morze? Bo czym jest szczęście? Rzecz osiągalna czy coś poza naszym zasięgiem? I to, i to. Obydwu rzeczy doświadczyłam, jedną, na szczęście lepszą teraz. Ale czy to, że jestem szczęśliwa od razu mówi, że zaraz nie wiem czym jest smutek? Wiem doskonale, bo kontrastuje on mocno, mocniej niż jak byłam nudnym ponurakiem. Mocniej niż jak drwiłam ze szczęścia i osób szczęśliwych.
Ostatnio brat próbował mi udowodnić, że szczęśliwym można być cały czas, że nie muszą, albo i nie są, to tylko chwile wynikające z równie chwilowych sukcesów. Ale ja się z nim nie zgadzam. Otóż, nie jest to możliwe, tym bardziej dla takiej osoby jak ja, po przejściach... psychicznych? Mam nadzieję, że nie nadwyrężyłam za mocno tego słowa. Wiem kiedy jest dobrze i wiem kiedy jest źle, z tego powodu też wiem, że za dobrze nie może być bo to też źle. Za duża ekscytacja powoduje za duże załamania, tak samo jest za dużą nadzieją. Bycie ciągle szczęśliwym jest zwyczajnie, moim zdaniem, niemożliwe. Z rozumowań mojego brata wynikało, że chodzi mu o stan ciągłego uśmiechu, pogody ducha i innych pierdół, a na chwilowe smutki, gorszy humor miejsca nie ma. No cóż, na pewno byłoby to dla nas wygodne, ale czy czegoś by nas nauczyło? Nie. Bo w końcu nadeszłaby chwila porażki, porażki z którą zwykły człowiek by sobie poradził, ale nie ten, dla którego jest to coś nowego. Ale czy można zakładać, że ktoś taki był? Kto nie zaznał smutku od chwili poczęcia? Można, jest nas wiele na tym świecie, a jeszcze więcej na nim zginęło. Ktoś taki był, zapewne. Możliwe, że jego środowisko, wychowanie, sukcesy i szczęście mu to zapewniło, taki idealny stan, ale czy taka sytuacja jest realna w naszym świecie? Moim skromnym zdaniem - nie.
Czemu? Bo internet. Przeglądamy go, zazdrościmy innym wyglądu, sukcesów, talentów i innych. Dla jednych jest to motywujące, a dla drugich są to powody do chorych kompleksów. Zwłaszcza dla dziewczyn w moim wieku. Mówi to ta, co narzeka ciągle, że jest gruba i pasztet. Do tego dochodzi wszechobecny stres, bez którego w epoce globalizacji i depresji, no po prostu nie da się żyć.
Ale szczęście jest jak najbardziej możliwe. Dla mnie jest to taki dobry, zdrowy, normalny stan psychiczny, bez szczególnych odchyleń w którąkolwiek ze stron - dobrą czy złą. Funkcjonuję normalnie, niczego mi nie brak, mam co na siebie założyć i co zjeść. Do narzekań nie mam powodów żadnych. No, może na dużą wadę wzroku, ale z tym da się żyć, jestem zdrowa, mogę chodzić, mówić, widzieć. Powinniśmy być wdzięczni za te proste sprawy. Gdybym urodziła się z jakąś wadą genetyczną i musiała oglądać zdrowych ludzi, którzy się załamują i narzekają, że jest im źle... Cóż, zwariowałabym.
![]() |
| A oto rysunek, który ostatnio męczę, szkic jest ze wpisu sprzed dwóch tygodni~. |
Zanudzę was teraz moim życiem. Miałam nosić soczewki, dzisiaj przyszły, więc jutro wreszcie je założę i zobaczę jak się sprawdzają. Mają cylinder (takie cosik na astygmatyzm) więc wreszcie nie będę w soczewkach widzieć jak naćpana krowa, a rzeczy wokół mnie nie będą mniejsze. Tak, okulary (przynajmniej minusy) nieznacznie pomniejszają świat, który przez nie oglądamy.
Tęsknię.
I teraz tak stwierdzam, że moje życie jest nudne, jedyne na co mogę teraz ponarzekać to moje kontakty międzyludzkie i społeczne. Jeszcze tylko dwa tygodnie do ferii, dwa tygodnie do szczęścia i ta niekończąca się tęsknota wreszcie się skończy, choćby na te pięć, cudownych, dni. Mój kolejny, duży powód do szczęścia. ♥
~Dziękuję za uwagę, miłego czytania życzę
i zapraszam do komentowania.






