1/31/2014

Szczescie

Dzisiaj o szczęściu, tak jak zapowiadałam, ale i o sobie. Minionym tygodniu, co u mnie, czy warto było, czy też nie. Ostatnio mój uśmiech wygląda jak na owym szkicu, dziwnie, ale o dziwo, jest szczery, ale przejdzie mi, muszę się trochę ogarnąć psychicznie. Ostatnio mi odbija, jestem nerwowa i coraz częściej oglądam swoje buty idąc z wyraźnym skrzywieniem na twarzy. Ale to też mi przejdzie, gorsze dni zawsze przechodzą. Głupcy Ci co w to nie wierzą, bo nadziei nie mają, a bez nadziei równie dobrze można siedzieć i nic nie robić, patrzeć jak czas przemija. Ale czy chwalę nadzieję? Nie, nigdy, nie lubię jej, ale bez niej nie miałabym motywacji, chęci, choćby do tego, żeby ten blog rozwinął się w dobrym, ciekawym kierunku, który więcej was przyciągnie.

Na owych dziwnych szkicach, przez swoje postacie, staram się wyrazić jak minął mi poprzedni tydzień, czy był dobry, czy zły. Ten był mocno neutralny, bo smutki wyrównały się z uśmiechem, a wszystko kręci się wokół jednej sprawy, już od dwóch tygodni, a przestać nie raczy. Irytuje mnie to. Ci co mnie czytali, zapewne domyślają się o co chodzi, a jak nie to odsyłam was do posta sprzed dwóch tygodni.

"-Jeśli ma się przyjaciół, a mimo to wszystko się traci, jest oczywiste, że przyjaciele ponoszą winę. Za to, co uczynili, względnie za to, czego nie uczynili. Za to, że nie wiedzieli, co należy uczynić."
Czas leczy rany, czas leczy wszystko, do wszystkiego potrzeba czasu, przeczekać ten sztorm, aż morze się uspokoi. A może ocean? A może to tak jednak morze? Bo czym jest szczęście? Rzecz osiągalna czy coś poza naszym zasięgiem? I to, i to. Obydwu rzeczy doświadczyłam, jedną, na szczęście lepszą teraz. Ale czy to, że jestem szczęśliwa od razu mówi, że zaraz nie wiem czym jest smutek? Wiem doskonale, bo kontrastuje on mocno, mocniej niż jak byłam nudnym ponurakiem. Mocniej niż jak drwiłam ze szczęścia i osób szczęśliwych.

Ostatnio brat próbował mi udowodnić, że szczęśliwym można być cały czas, że nie muszą, albo i nie są, to tylko chwile wynikające z równie chwilowych sukcesów. Ale ja się z nim nie zgadzam. Otóż, nie jest to możliwe, tym bardziej dla takiej osoby jak ja, po przejściach... psychicznych? Mam nadzieję, że nie nadwyrężyłam za mocno tego słowa. Wiem kiedy jest dobrze i wiem kiedy jest źle, z tego powodu też wiem, że za dobrze nie może być bo to też źle. Za duża ekscytacja powoduje za duże załamania, tak samo jest za dużą nadzieją. Bycie ciągle szczęśliwym jest zwyczajnie, moim zdaniem, niemożliwe. Z rozumowań mojego brata wynikało, że chodzi mu o stan ciągłego uśmiechu, pogody ducha i innych pierdół, a na chwilowe smutki, gorszy humor miejsca nie ma. No cóż, na pewno byłoby to dla nas wygodne, ale czy czegoś by nas nauczyło? Nie. Bo w końcu nadeszłaby chwila porażki, porażki z którą zwykły człowiek by sobie poradził, ale nie ten, dla którego jest to coś nowego. Ale czy można zakładać, że ktoś taki był? Kto nie zaznał smutku od chwili poczęcia? Można, jest nas wiele na tym świecie, a jeszcze więcej na nim zginęło. Ktoś taki był, zapewne. Możliwe, że jego środowisko, wychowanie, sukcesy i szczęście mu to zapewniło, taki idealny stan, ale czy taka sytuacja jest realna w naszym świecie? Moim skromnym zdaniem  - nie

Czemu? Bo internet. Przeglądamy go, zazdrościmy innym wyglądu, sukcesów, talentów i innych. Dla jednych jest to motywujące, a dla drugich są to powody do chorych kompleksów. Zwłaszcza dla dziewczyn w moim wieku. Mówi to ta, co narzeka ciągle, że jest gruba i pasztet. Do tego dochodzi wszechobecny stres, bez którego w epoce globalizacji i depresji, no po prostu nie da się żyć.

Ale szczęście jest jak najbardziej możliwe. Dla mnie jest to taki dobry, zdrowy, normalny stan psychiczny, bez szczególnych odchyleń w którąkolwiek ze stron - dobrą czy złą. Funkcjonuję normalnie, niczego mi nie brak, mam co na siebie założyć i co zjeść. Do narzekań nie mam powodów żadnych. No, może na dużą wadę wzroku, ale z tym da się żyć, jestem zdrowa, mogę chodzić, mówić, widzieć. Powinniśmy być wdzięczni za te proste sprawy. Gdybym urodziła się z jakąś wadą genetyczną i musiała oglądać zdrowych ludzi, którzy się załamują i narzekają, że jest im źle... Cóż, zwariowałabym. 
A oto rysunek, który ostatnio męczę, szkic jest ze wpisu sprzed dwóch tygodni~.

Zanudzę was teraz moim życiem. Miałam nosić soczewki, dzisiaj przyszły, więc jutro wreszcie je założę i zobaczę jak się sprawdzają. Mają cylinder (takie cosik na astygmatyzm) więc wreszcie nie będę w soczewkach widzieć jak naćpana krowa, a rzeczy wokół mnie nie będą mniejsze. Tak, okulary (przynajmniej minusy) nieznacznie pomniejszają świat, który przez nie oglądamy.

Tęsknię.

I teraz tak stwierdzam, że moje życie jest nudne, jedyne na co mogę teraz ponarzekać to moje kontakty międzyludzkie i społeczne. Jeszcze tylko dwa tygodnie do ferii, dwa tygodnie do szczęścia i ta niekończąca się tęsknota wreszcie się skończy, choćby na te pięć, cudownych, dni. Mój kolejny, duży powód do szczęścia. ♥

~Dziękuję za uwagę, miłego czytania życzę
i zapraszam do komentowania.

1/24/2014

Depresja

Nie, nie jest to kolejny wpis opisujący życie osoby z depresją. Na szczęście ona mnie nie dotyczy i wierzcie mi, nie będzie. Jeżeli uwzięłam się na czymś i zabroniłam czegoś (co nie ma powiązania z jedzeniem) dążę do tego albo też nie pozwalam aby tak się stało. I udaje mi się, w większości przypadków. Wiem, co by strąciło mnie w załamanie psychiczne, ale do tego nie dopuszczę, nigdy.

"-A myśleć trza o tym, co naprawdę ważne. O celu, co przyświeca. Nieustannie. Nie rozpraszając myśli na jakieś tam faramuszki. Wtedy, i tylko wtedy, cel zamierzony się osiąga."

A więc czemu poruszam ów temat? 
Mianowicie, właśnie ze względu na coraz częstsze blogi na których to widać stany psychiczne, negatywne. Mnożą się jak jakaś plaga, ale proszę nie rozumieć mnie źle, ja nie mam nic przeciwko nim, ja jedynie stwierdzam fakty. Jako że miałam z tym cholerstwem styczność to wiem, że tacy ludzie w ten sposób jakoś rozładowują swoje emocje, w sumie jest to dosyć logiczne. I pewnie właśnie dlatego jest tyle tych blogów, aby żyło się lepiej. Do rzeczy.

Istnieje jakaś definicja depresji? Zapewne tak, ale ja chcę stworzyć własną, na podstawie tego co widzę, tego co mnie otacza. Według mnie depresja jest chorobą ludzi inteligentnych, ciekawych o dużych ambicjach, które nie zawsze im wychodzą. Zaczynają pojawiać się przeszkody na ich drodze, wielkie kłody, które złośliwie nie chcą im pozwolić osiągnąć cel. Te kłody to ich psychika, która rzuca im je wciąż i coraz więcej wraz z pogorszeniem ich zdrowia. Ale w pewnym momencie rozmiary i waga przeszkód jest za duża, już się nie da, nie ma wyjścia, stoimy w miejscu, jesteśmy w dupie. Na początku było wyjście, ale na początku nie było problemu, problem jest teraz, teraz kiedy jest za późno. I nagle... Nagle zdajemy sobie sprawę jak źle jest z nami, moment przełomu i uświadomienia sobie naszej sytuacji. Zajść w depresję można dosłownie z dnia na dzień, ale też, tak jak to w moim przypadku było, może to być powolny, zdradliwy i niepozorny proces. Trwa tygodnie, ale od samego jego początku już było źle. Człowiek tego zwyczajnie nie widzi, życie toczy się dalej, dochodzą do niego coraz częściej schematyczne elementy, które kiedyś przewijały się przez naszą głowę, postanowiły  teraz zalec w niej i złożyć jaja, z których wykluwały się potem coraz to gorsze myśli.
W mojej głowie zalęgł się wtedy wieczny smutek, który chciał mnie zabić ciągle podsuwając mi myśli o tym. Nie było dnia kiedy nie myślałam o własnej śmierci, wtedy, wtedy zauważyłam co się ze mną stało, ale było już za późno. 

Teraz, kiedy mam już to dawno za sobą, zastanawiam się czy to był stan depresyjny czy depresja? Czy w stanie depresyjnym mogą występować myśli samobójcze? Ktoś mi kiedyś powiedział, że z prawdziwej depresji wychodzi się latami. U mnie to był dzień, właściwie moment, sekunda, chwila, która mnie z tego wyciągnęła. A może to był właśnie złoty środek? Coś co tak poszukiwałam do szczęścia? A może szczere szczęście tak robi? A może jednak szczera miłość?

Jestem szczęśliwa.

I jestem szczęśliwa, mogąc tak mówić, owszem, każdy ma swoje załamania, swoje wzloty i upadki. Ale chcę żyć, boję się śmierci, boję się upadku i samego lęku. Czy to właśnie czyni człowieka szczęśliwym? Nie, raczej to po prostu część jego myśli, która znormalniała i przybrała swoją poprawną formę. O szczęściu też będę mówić, za tydzień. Miałam lekki spór z bratem o to, o poglądach wobec owego tajemniczego "szczęścia" i na czym ono tak naprawdę polega. Jednakże o tym w przyszłym odcinku.

Z góry mówię, że są to jedynie moje poglądy, stwierdzenia i zapewne również przypuszczenia. Nikomu nie narzucam swojego zdania, a więc jeżeli macie jakieś inne, zgoła odmienne, a być może i podobne, śmiało, podzielcie się nimi ze mną. Z przyjemnością sobie o nich poczytam.

~Dziękuję za uwagę, miłego czytania życzę
 i zapraszam do komentowania.

1/17/2014

Najgorszy dzien w zyciu...

Tytuł mówi sam za siebie. Wczoraj, czwartek, miałam prawdopodobnie najgorszy dzień w
życiu. Starałam sobie przypomnieć czy miałam gorzej, było podobnie, ale zazwyczaj dzień był, no po prostu zjebany, przez jedną rzecz, a nie serię.
Zaczęło się niepozornie, a raczej po prostu od złego humoru. W sumie zawsze jak jestem wyspana to mam zły humor w szkole, powinno być na odwrót, nie rozumiem po prostu. Zepsuł się w szkole, po pierwszej lekcji? Nie wiem, po prostu, mogłabym kląć na czym świat stoi z durnej przyczyny. Na piątej lekcji wyparował mi szalik, po prostu, wyparował, nie da się tego inaczej wytłumaczyć, w trakcie lekcji zniknął, a wchodząc do sali byłam pewna, że go jeszcze, kurna, mam. No nic, zdarza się, nie ważne. Zimno, brak szalika, przeżyję.
Musiałam jechać szybko do miasta (szkoła do której chodzę jest dalej od centrum o jakieś 12km, Jelenia Góra jest dosyć długa, a ja sama mieszkam na jej obrzeżach, koło mojej szkoły), pożyczyłam kasę od kolegi na autobus, właściwie od dwóch. Najpierw paszport, poszło gładko. Zajechaliśmy do sklepu, przy wysiadaniu zdałam sobie sprawę, że uwaliłam sobie jasne spodnie, prawie że białe, błotem z samochodu. Jestem ciekawa czy to zejdzie. Potem okulista. Oprawki mi pękły, chcieliśmy zareklamować, nazwa oprawek się na nich starła, a mama nie miała karteczki z zakupu, dobra, trudno, wpadnie się innym razem. U okulistki załatwiłam soczewki, musiałam mieć badania, dzięki czemu dostanę soczewkę z cylindrem (na prawe oko, abym widziała prosto, mam astygmatyzm) i będę widzieć normalnie. Jak się zapewne można łatwo domyśleć miałam humor coraz gorszy, nie zapowiadało się żeby było lepiej. Chociaż na obiad poszliśmy do Pizzy Hut, nie obyło się bez, oczywiście, niezbędnych narzekań mojego taty. Potem po laptop brata do sklepu i wreszcie do domu. Na poprawę humoru kupiłam sobie czekoladę Oreo, efekt był tymczasowy. Nie chciało mi się żyć. Pół roku nie miałam takich myśli. 

Dlatego się boję. 
Strach mnie paraliżuje, nie chcę do tego wracać.

Strata przyjaciółki, już raz tego doświadczyłam, takie osoby nawet nie zdają sobie sprawy ile dla mnie znaczą, kiedy ja dla nich jestem tylko wtedy gdy mają problem. Mam teraz jedną przyjaciółkę, ale to nie pociągnie długo.
"-To, co znane, przestaje być koszmarem.To, z czym umie się walczyć, nie jest już tak groźne."
Wiecie jakie to jest uczucie, kiedy to TY, zawsze na TOBIE się wszystko opiera i wszyscy czekają na TWÓJ ruch? Chujowe. Ale w pewnym momencie człowiek pęka i mówi sobie, nie, koniec, nie pozwolę sobie. Zaczyna się do cholery szanować. I przestaje się odzywać do drugiej osoby, a co jest w tym wszystkim najlepsze? Półtora dnia nie odzywania się, a ona nawet nie zauważyła, więc, gratuluję jak to czytasz. Ja się nie obrażam o byle gówna, powinnaś o tym wiedzieć. Nie chcę tutaj wypisywać o co chodzi, ale domyśl się, nie jesteś głupia, może jednak sobie przypomnisz co takiego robisz źle? Byłoby fajnie, wiesz. Bo ja nie jestem tylko wtedy, gdy Tobie jest źle.

I w sumie dlatego ten tydzień, miejmy nadzieję że był, taki zły. W poniedziałek sprawdzian z matmy, więc będzie jeszcze gorzej. Od jutra będę zatapiać się we właściwościach funkcji, miejscu zerowym, monotoniczności, dowodzeniu... Ach, matematyko.

Od samego wyrzucania tego wszystkiego z siebie humor mi się poprawił, mam nadzieję, że wam się nie zepsuje od czytania tych głupot. Brakuje w tym poście moich cudnych rozkmin, przez ten tydzień pod tym względem mam pustkę w głowie. Albo...

Może coś o przyjaźni? Tak do tematu? Mhm, wybaczcie, ale nie chce mi się. Teraz mam na to zwyczajnie negatywne spojrzenie, więc i rozkmina byłaby jednostronna, a tego nie lubię.

~Dziękuję za uwagę, 
miłego czytania życzę, zapraszam do komentowania i pozdrawiam.

1/10/2014

Poczatki

Ach, nie sądziłam, że wybieranie tytułu do posta, jest aż tak trudne. W przypadku prac, rysowania, odnosimy się do tego co one ilustrują, a w postach... jest jakoś inaczej? Sama nie wiem, wybrałam najpierw tytuł, do którego teraz się dostosowuje. Jest to mój pierwszy blog i pierwszy, tak naprawdę, wpis. Myśli mam wiele, pomysłów też, teraz tylko to jakoś sensownie napisać... 
Zawsze chciałam założyć bloga, długo się nad tym zastanawiałam i za każdym razem w końcu zmieniałam zdanie porzucając ten pomysł. Dlaczego? Mój perfekcjonizm załamałby się grafiką w iście paintowych klimatach. Widać, musiałam do tego dojrzeć, zastanowić się, dokładnie to przemyśleć. No i mamy, mój pierwszy blog.
Postanowiłam, że przed każdym postem będę dodawać cytat i zamieszczać do niego szkice; jeden, czasem dwa, a i może trzy. Wszystko zależy od tego jak się rozpiszę.

"– Czy rozumiesz teraz, czym jest neutralność,
 która tak cię porusza? 
Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym.
 Nie trzeba zabijać w sobie uczuć. 
Wystarczy zabić w sobie nienawiść"

Cholera, cała saga wiedźmina, te cytaty, strasznie się z nimi uosabiam. Sapkowski jest moim ulubionym polskim pisarzem, w wakacje postaram się sięgnąć po inne jego książki. 
Czemu akurat neutralność? Bo staję się coraz bardziej neutralna, na wszystko, na tym kim jestem, kim się staje. Powoli przestaje mnie to obchodzić, po prostu żyję, nie myślę, funkcjonuję jako ten jeden, mały, kompletnie nieznaczący trybik poruszający wielką maszynerią społeczeństwa. Ale mi to nie przeszkadza, przecież to podlega pod definicję "normalności", prawda? Nie sprzeczam się, kiedy trzeba położę ku sobie uszy, a innym razem obnażę kły. Zachowuję się przewidująco, tak jak każdy inny człowiek powinien. Wszystko jest okej. Mam wszystko czego zapragnę, a jak nie, to wystarczy, że na to zapracuję i osiągnę dzięki temu swój cel, prawda? Prawda? Prawda?! Oczywiście, że tak, ludzie poprawni są podobni, przez to społeczni, zdrowi umysłowo, pracowici, obowiązkowi, inteligentni (no nie zawsze), wyprostowani, ułożeni, no po prostu takie cacka małe, nic tylko wycałować i wyściskać za ich dobrą robotę. Boże, Spisałeś się wyśmienicie!

Ale ja nie chcę, ja nie powinnam, zaprzecza to mi, moim ideom. Dojrzewam, nie ukrywajmy, nie ma co ukrywać, mój wiek jest jeszcze w dalszym ciągu okresem dojrzewania, jeszcze z dwa lata, może mniej, będę się w ten sposób się gryźć ze sobą, tupiąc nogą i obnażając kły. Będę starała sobie udowodnić jakaż to ja jestem dojrzała, jak to wybiegam od innych mając te 16 lat, normalnie taka dorosła przecież! A prawda jest inna, dążąc do dojrzałości zdziecinniałam, to było dwa lata temu. Teraz jest troszkę inaczej. Przepraszam, chaotyczne to wszystko, ale naturą chaosu jest to, że właśnie nie da się go opisać.

Znormalniałam, opanowałam się, moje myśli zaczęły obierać konkretne tory, wiedząc gdzie wpadać, co robić, którą częścią ciała poruszyć... Wiedziały jakie emocje we mnie wywołać i to na dodatek w odpowiednim momencie. Życie się ułożyło, uspokoiło. Chaos, zamęt, pustka znikły z mojej głowy wpuszczając w nią nowe światło, nadzieję a przede wszystkim szczęście. Nie znałam tego uczucia wcześniej, nie wiedziałam jak to jest. A jak już, były to krótkie wspomnienia, o których z wiekiem zapomniałam. Ale jedno, jedno wryło mi się w pamięć. 

Dostanie kota. Na początku nazywała się Fifi, potem przemianowaliśmy ją na Tekle. Skakałam cholernie szczęśliwa po całym domu, od małego uwielbiałam koty, podziwiam je, są cudne, ich gracja, sposób bytu, wyrafinowanie, chodzenie własnymi ścieżkami. Też tak robię, ale u nas, u ludzi, nazywamy to "byciem oryginalnym", kreatywnym, pomysłowym, takim wspaniałym, to dziecko umie myśleć! A gówno, zawsze jak coś wymyślamy to nie da się stworzyć czegoś kompletnie innego. Jak mamy wymyślić coś, co nie istnieje i jest do niczego podobne, czego nigdy nie widzieliśmy? Nie możemy, nasze umysły są zbyt tępe aby to zrobić. Nam się wydaje, że to coś nowego, a tak naprawdę to kolejna przekształcona rzecz, która ma być czymś nowym, wyjątkowym, i w ogóle wspaniałym, nic tylko w dupe se wsadzić. Ot, dla przyjemności i rekreacji.


Powinnam się trzymać tematu, albo wyzbyć się tytułów w postach.

~Dziękuję za uwagę, miłego dnia życzę i pozdrawiam.

1/06/2014

Ja, po co, jak i dlaczego

O mnie

Ania, lat 16, mieszkam w Jeleniej Górze, podupadającym miasteczku na dolnym śląsku. Mam chłopaka, Krystiana, wspominam o nim, gdyż wiele mu zawdzięczam. Chodzę do liceum ogólnokształcącego na profil mat-fiz.
Mój naturalny kolor włosów to brąz, noszę okulary, minusy i to dosyć duże, oczy brązowo-zielone, planuję nosić soczewki. Nie lubię o sobie mówić, ani pisać, stąd te głupoty, które nikogo nie obchodzą. 
Przez pół roku byłam w stanie depresyjnym z poważnymi myślami samobójczymi, wyszłam z tego, w sumie z dnia na dzień, kiedy wszystko zaczęło mieć sens i nabierać kształtu. Osoby, które widuję codziennie tak naprawdę mnie nie znają, a jak już to tylko powierzchownie. Tak właściwie to zdaje sobie ciągle pytanie czy ja siebie znam? Czy może tak naprawdę to nie jest moje ciało, zaszła pomyłka? A gdy czytam to kolejny raz stwierdzam, że brzmi to co najmniej dziecinnie. Pragnę być dojrzała, być inna, jestem inna, nie przesadzam z tym wszystkim? Sama nie wiem, świat jest dziwny, nie pasuję do tego miasta, chciałabym wyjechać do Warszawy. W głowie mam chaos, taki dobry chaos, pozytywny, stąd ten adres. Staram się zaprowadzić swoje życie, myśli do ładu ale chyba jest to niemożliwe.
Rysuję, co widać już po tym szkicu, moje strony z pracami i szkicami znajdziecie na górze. Zajmuję się też fotografią, ale zbytnio swoich zdjęć nie publikuję, ewentualnie na fb są jakieś. Piszę opowiadania, jak się nudzę, lubię czytać, zwłaszcza fantastykę (obecnie pochłaniam uniwersum metra 2033 - "Do Światła"). Lubię działać w internetach przez co nie lubię się nudzić. Jestem perfekcjonistką, choć nie skrajnie. Mam kota - Tekla się zowie, jest dachowcem i ma śliczne, duże oczy. Jest z niej indywidualistka, na kolana wskakuje tylko po jogurt~.

Po co, jak i dlaczego

Pomysł na bloga siedział mi w głowie już od dawna, a dzięki pewnej osobie wreszcie udało mi się go zrealizować (wielkie dziengi Carlyś! ;-; ). Ogólnie rzecz biorąc jestem dziwna i mam wrażenie, że nieco inaczej określam i widzę różne rzeczy, więc chcę się tym wszystkim z Wami podzielić. Planuję pisać co tydzień - w piątki, w które też bym obskakiwała i Wasze blogi, czytała, komentowała. W sumie taki blog to też dobra okazja to poszerzenia swoich horyzontów. Postaram się być systematyczna, mam nadzieję, że znajdą się osoby, które będą czytały tego bloga i to z przyjemnością. Z góry dziękuję Wam, ludziom, którzy tu będą zaglądać i czytać.
Idea w sumie tego bloga jest taka, aby przedstawić randomowym ludziom, jak i tym, których znam, jak myślę, co widzę. Często zwyczajnie jestem nie rozumiana przez środowisko, świat mnie otaczający, z czym wiąże się też, pewnie, mała aspołeczność.